
Rodzice, którzy przychodzą do mnie po raz pierwszy, czasem mają w głowie obraz zajęć logopedycznych, na których dziecko trochę porysuje, pokoloruje obrazek, pobawi się w coś miłego, a gdzieś pomiędzy powie kilka razy „sz”. U mnie wygląda to trochę inaczej.
Każda minuta na ćwiczenia
Tego, czego nie robię w gabinecie, jest właściwie niewiele, ale jedno mogę powiedzieć na pewno: nie tracę czasu na kolorowanki i zajęcia „na zapełnienie czasu”. Dziecko przychodzi do gabinetu po to, żeby ćwiczyć – i chcę wykorzystać na ćwiczenia każdą minutę.
Dlaczego to takie ważne? Bo nowa głoska utrwala się przez powtarzanie. Im więcej razy dziecko powie ją prawidłowo przy mnie – kiedy mogę na bieżąco korygować ułożenie języka, warg, kierunek powietrza – tym szybciej ta głoska zautomatyzuje się w mowie potocznej. To trochę jak z nauką jazdy na rowerze: można dużo o niej rozmawiać, ale jeździć uczymy się, jeżdżąc.
Nie znaczy to, że zajęcia są nudne. Z małymi dziećmi ćwiczymy przez zabawę – ale to zabawa, która ma konkretny cel. Sylaby „wskakują” do autobusu, karmią królika, wypadają z kostki do gry. Dziecko często nawet nie zauważa, że powiedziało „szu” sto razy. Za to czuje po języku, że ciężko pracowało.
Nie tylko język
Do pracy nad wymową podchodzę szerzej niż tylko „ćwiczenia języka”. Korzystam z technik terapii miofunkcjonalnej, czyli pracy nad prawidłowymi wzorcami oddychania, połykania i spoczynkowej pozycji języka. Stosuję też masaże rozluźniające mięśnie twarzoczaszki – bo napięte mięśnie potrafią skutecznie blokować postępy.
Patrzę też na postawę całego ciała. Zdarza się, że asymetria w ułożeniu miednicy czy barków przekłada się na mowę – na przykład na seplenienie boczne. Wtedy trzeba poprawić zarówno pracę języka, jak i postawę, a w razie wątpliwości kieruję dziecko do fizjoterapeuty. Pisałam o tym szerzej w artykule Psycholog i logopeda w jednym gabinecie.
„Ale w domu i tak mówi po staremu!”
To zdanie słyszę bardzo często i chcę Was uspokoić: to zupełnie normalne. Proszę się nie przejmować tym, że dziecko po wyjściu z gabinetu wraca do swojego nawykowego mówienia.
Spróbujcie przez cały dzień świadomie kontrolować, jak wymawiacie każdą głoskę. Po kilku minutach jesteście zmęczeni, a po kwadransie zapominacie. Dla dziecka to jeszcze trudniejsze. Nowa głoska najpierw pojawia się w ćwiczeniach, potem w sylabach, w wyrazach, w zdaniach – a dopiero na samym końcu w swobodnej, spontanicznej mowie. To proces, który wymaga czasu.
Dlatego nie proszę rodziców, żeby poprawiali dziecko przez cały dzień. Ciągłe poprawianie męczy, frustruje i potrafi zniechęcić dziecko do mówienia w ogóle.
Jedna stała pora dobrej mowy
Zamiast tego proponuję coś prostszego: wymyślcie specjalny czas, jedną porę dziennie, kiedy mowa jest kontrolowana. Na przykład:
- podczas wspólnej kolacji,
- po obiedzie, kiedy gracie w ulubioną grę,
- w czasie wieczornego czytania, kiedy dziecko opowiada, co widzi na obrazkach,
- w drodze do przedszkola czy szkoły.
W tym czasie zwracamy uwagę na nową głoskę – życzliwie, z humorem, bez napięcia. Poza nim – odpuszczamy. Dziecko ma prawo po prostu mówić. Taka jedna przewidywalna pora jest dla niego dużo łatwiejsza do udźwignięcia niż całodzienna kontrola, a efekty bywają zaskakująco dobre.
Starsze dzieci – szybko i z efektami
Bardzo lubię pracę ze starszymi dziećmi, które mają już utrwalone nawyki – na przykład nieprawidłowo mówią głoski szumiące („sz”, „ż”, „cz”, „dż”), syczące („s”, „z”, „c”, „dz”) albo „r” – chodzą już do szkoły i same zaczynają widzieć w tym problem.
Ta praca przebiega zwykle fajnie i szybko, z dużymi efektami. Dlaczego? Bo te dzieci są świadome. Mają też bardzo wyczuloną wrażliwość słuchową – słyszą różnicę między tym, jak mówią, a jak powinno brzmieć. Łatwiej mi więc pokazać im prawidłowe miejsce artykulacji, a one szybko włączają autokorektę: same łapią się na błędzie i poprawiają. Dzięki temu dużo łatwiej przestawić głoski na właściwe tory.
A z „r” – cierpliwości
Głoska „r” to osobny rozdział. Tu praca jest zwykle dłuższa. Mówi się, że od nienormatywnej realizacji „r” – na przykład gardłowej – do prawidłowej dochodzi się w około rok. Ale bardzo dużo zależy od tego, jak długo nieprawidłowe „r” było utrwalane.
Jeśli przychodzi pięcio-, sześciolatek, u którego nieprawidłowe „r” pojawiło się kilka miesięcy temu, przestawienie go bywa bardzo szybkie. Jeśli nawyk ma już kilka lat – pracy będzie więcej. To jeszcze jeden argument za tym, żeby nie czekać zbyt długo i żeby nie wywoływać „r” na siłę w domu.
Co możecie zrobić, żeby terapia szła szybciej
- Bądźcie na zajęciach, jeśli tylko możecie – zobaczycie, jak ćwiczymy, i łatwiej Wam będzie powtórzyć to w domu.
- Ćwiczcie krótko, ale regularnie. Pięć, dziesięć minut codziennie da więcej niż godzina raz w tygodniu.
- Wprowadźcie jedną porę dobrej mowy – i trzymajcie się jej.
- Chwalcie wysiłek, nie tylko efekt. Dziecko, które czuje, że się stara i że to widzicie, chętniej ćwiczy.
- Dbajcie o zamkniętą buzię i oddychanie nosem przez cały dzień – to fundament, na którym budujemy nowe głoski.
Terapia logopedyczna to wspólna praca: moja, dziecka i Wasza. Kiedy wszyscy ciągniemy w tę samą stronę, efekty przychodzą szybciej, niż się spodziewacie.
