
Rodzice często są zaskoczeni, kiedy na koniec konsultacji – po rozmowie o jąkaniu, napadach złości, trudnościach w przedszkolu czy kłopotach ze snem – zamiast kolejnej terapii zalecam im coś, co wydaje się zbyt proste, żeby mogło zadziałać:
Regularny czas jeden na jeden z dzieckiem. Bez rodzeństwa. Bez telefonu. I bez rozmawiania o problemie.
Zalecam to bardzo często. Przy wielu różnych trudnościach, zaburzeniach, dolegliwościach – nawet nie wiem, jak to wszystko nazwać jednym słowem. I za każdym razem przekonuję się, jak bardzo to zwyczajne zalecenie jest dziś zaniedbane.
Więź, która leczy
W psychoterapii od lat powtarza się wniosek, że jednym z najsilniejszych czynników skuteczności terapii jest relacja między terapeutą a pacjentem. Nie konkretna technika, nie metoda – właśnie więź. Mówi się o tym także w terapii jąkania.
Zawsze, kiedy o tym myślę, nasuwa mi się jedno pytanie: skoro więź z terapeutą – osobą, którą dziecko widzi raz w tygodniu przez pięćdziesiąt minut – ma tak ogromną moc, to jaką moc ma więź z rodzicem? Z najważniejszą osobą na świecie?
Rodzic jest dla dziecka kimś, kto leczy. Nie dlatego, że zna techniki terapeutyczne, tylko dlatego, że jest. Że patrzy. Że ma czas. Zadbajmy więc o tę więź – bo to ona jest fundamentem, na którym wszystko inne może się dopiero zbudować.
Dlaczego bez rozmów o problemie?
To chyba najtrudniejsza część tego zalecenia. Kiedy dziecko ma trudność, cała rodzina się na niej skupia. Rozmawiamy o niej, ćwiczymy, przypominamy, pytamy „jak dziś było?”. Dziecko zaczyna czuć, że jest przede wszystkim „tym, które się jąka”, „tym, które ma ADHD”, „tym, które nie umie się dogadać”.
Czas jeden na jeden jest od tego wolny. Nie ćwiczymy wtedy głosek. Nie omawiamy uwag z dziennika. Nie przypominamy o zasadach. Po prostu jesteśmy dla dziecka. Ono ma poczuć, że jest ważne samo w sobie – nie jako projekt do naprawienia.
Dlaczego bez rodzeństwa?
Bo w rodzinie z dwójką czy trójką dzieci uwaga rodzica jest zawsze dzielona. Rodzeństwo rywalizuje, przerywa, porównuje się. To naturalne – ale dziecko, które ma trudność, często w tej rywalizacji przegrywa. Czas sam na sam z mamą czy tatą jest dla niego sygnałem: „jesteś dla mnie wyjątkowy, nie muszę cię z nikim dzielić”.
Oczywiście każde dziecko w rodzinie zasługuje na taki czas. Nie chodzi o to, żeby kogoś wyróżniać, tylko żeby każdy miał swoją chwilę.
Godzina z rodzicem zamiast godziny z terapeutą?
Powiem coś, co może zabrzmieć dziwnie w ustach terapeutki: czasem uważam, że wartościowsze byłoby sześćdziesiąt minut z rodzicem niż sześćdziesiąt minut z kolejnym specjalistą. Zamiast następnych zajęć – po prostu wspólna zabawa. Przesypywanie piasku, zakopywanie się w nim, masażyk na plecach przed snem, wspólne lepienie, układanie, gotowanie. Kontakt: dziecko i rodzic.
Nie mówię, że terapie są niepotrzebne. Mówię, że nie zastąpią rodzica. A kiedy w tygodniu dziecka jest tyle zajęć, że nie zostaje czasu na zwykłe bycie razem, coś poszło nie tak. (Więcej o tym w artykule Mniej zajęć, więcej rodzica.)
Jak to zrobić w praktyce
Ustalcie stałą porę. Najlepiej, żeby dziecko wiedziało, kiedy „jego czas” nadejdzie – np. w każdą środę po obiedzie albo codziennie przez kwadrans przed kąpielą. Przewidywalność sama w sobie daje poczucie bezpieczeństwa.
Nie musi to być od razu godzina. Na początek wystarczy piętnaście, dwadzieścia minut. Ważniejsza od długości jest regularność i jakość tego czasu.
Odłóżcie telefon. Naprawdę odłóżcie – do innego pokoju. Dziecko bezbłędnie wyczuwa, kiedy jesteśmy obok, ale myślami gdzie indziej.
Niech dziecko prowadzi. Pozwólcie mu wybrać zabawę. Wchodźcie w jego świat, w jego zasady, nawet jeśli wydają się bez sensu. To nie jest czas na uczenie, poprawianie ani „rozwijające” pytania typu „a jaki to kolor?”.
Opisujcie, zamiast oceniać. Zamiast „ale piękny zamek!” – „Budujesz bardzo wysoką wieżę. Teraz dokładasz okno”. Dziecko czuje wtedy, że naprawdę je widzicie.
Dotyk. Szczególnie przy dzieciach napiętych, niespokojnych, mających trudność z wyciszeniem – masażyk, przytulanie, zabawy w „rysowanie po plecach”, ugniatanie „pizzy” na plecach. Dotyk rodzica uspokaja jak nic innego.
Kilka pomysłów na wspólny czas
- zabawa piaskiem, kaszą, wodą – przesypywanie, zakopywanie, przelewanie,
- masaż przy muzyce albo przy wierszyku,
- wspólne pieczenie lub gotowanie czegoś prostego,
- budowanie z klocków, kartonów, poduszek,
- spacer, na którym to dziecko decyduje, w którą stronę idziemy,
- czytanie, przytulenie na kanapie,
- zabawa, którą dziecko wymyśla od początku do końca.
Nie potrzebujecie do tego specjalnych zabawek, kursów ani pomocy terapeutycznych. Potrzebujecie tylko siebie.
Co się zmienia
Rodzice, którzy wprowadzają ten zwyczaj, często mówią mi po kilku tygodniach, że „coś się poluzowało”. Mniej wybuchów złości, łatwiejsze wieczory, więcej spokoju. Dziecko mniej walczy o uwagę, bo wie, że ją dostanie. A rodzic znów zaczyna widzieć w dziecku coś więcej niż problem.
To nie jest magiczne rozwiązanie wszystkich trudności. Ale bardzo często jest fundamentem, bez którego żadna inna terapia nie zadziała tak, jak mogłaby.
