
W poprzednim artykule pisałam jak wyglądają spotkania małego dziecka z psychologiem, dzisiaj opiszę jak wyglądają wizyty u logopedy.
Myślę sobie, że łatwiej wyobrazić sobie wizytę u logopedy, bo każdy z nas zna kogoś kto chodzi do logopedy, ale już trudniej wyobrazić sobie wizyty u logopedy dziecka, które jeszcze nie mówi, prawda?
Z dziećmi w wieku szkolnym sprawa wydaje się prosta. Na przykład 6-letni chłopiec zamienia „sz” na „s”, tak więc mówi „Jestem Symek, mam seść lat.” Pierwsza wizyta to oczywiście diagnoza (chociaż powiem na marginesie, że 50 min na diagnozę to zdecydowanie za mało, w związku z tym przez kilka następnych spotkań oprócz ćwiczeń, które wykonujemy cały czas trwa diagnostyka. Czasami potrzebne są dodatkowe badania, na które czekamy, ale zwykle w tym czasie możemy ćwiczyć.) Tak więc na pierwszej wizycie dziecko nazywa różne obrazki, robimy różne minki, żeby sprawdzić sprawność narządów artykulacyjnych, sprawdzam słuch fonemowy, przyglądam się innym procesom poznawczym takim jak spostrzegawczość, pamięć, analiza i synteza wzrokowa i słuchowa, sprawność motoryczna. Na kolejnej wizycie zaczynamy ćwiczenia. Wszystkie ćwiczenia przygotowuję dla konkretnego dziecka. Nie ma identycznych dzieci, nie ma też identycznej terapii. Jedno dziecko szybciutko nauczy się nowych głosek, inne będzie potrzebowało coraz to nowszych form terapii (głoska połączona z ruchem, głoska połączona z symbolem, ćwiczenie innych funkcji poznawczych, które będą stymulowały mowę) – bywa różnie. Grunt, żeby był efekt!
A jak jest z maluchami? Znów zaczynamy od diagnozy. Bo stwierdzenie „nie mówi” nie jest diagnozą. Szukamy przyczyn opóźnienia w rozwoju mowy. Diagnostyka u małego dziecka jest dłuższa, poparta wynikami badań. Jeśli z punktu medycznego wszystko jest w porządku – ćwiczymy. Zajęcia wyglądają inaczej, przybierają postać zabawy, czasami na podłodze, czasami przy stoliku. Bawimy się głoskami. Najpierw samogłoskami, potem sylabami. Dużo jest ćwiczeń słuchowych, dużo wyrażeń dźwiękonaśladowczych, aż w końcu pojawi się upragnione „ba” kiedy coś spadnie na podłogę, a potem „tata” i „mama.” I teraz ważna uwaga: zajęcia stymulujące rozwój mowy często wyglądają podobnie - bynajmniej nie dlatego, że nie chce mi się przygotować nowych zajęć :) - tylko dlatego, że u małych dzieci najważniejsza jest powtarzalność. Dziecko, żeby powiedzieć „baa” jak coś spadnie -musi w wielu takich samych sytuacjach to usłyszeć. I skojarzyć, że jeśli po raz kolejny coś upadnie to terapeuta znów to powie, aż w końcu powie to on sam. Powtarzalność sytuacji wpływa też na poczucie bezpieczeństwa u dzieci, dlatego nie można na każdych zajęciach zmieniać całego planu.
Odpowiem teraz na najczęściej zadawane pytania – czy rodzice uczestniczą w terapii logopedycznej? Oczywiście, że tak. Rodzic ma prawo widzieć co się dzieje z ich dzieckiem podczas całych zajęć. Rodzic uczy się jak ćwiczyć z dzieckiem w domu, czerpie pomysły na rozwijające zabawy. Oczywiście zdarzają się takie dzieci, których rodzice rozpraszają. Wówczas podczas terapii dziecko zadaje rodzicowi nieskończoną ilość pytań „Co będzie na obiad?”, „Kiedy przyjedzie tata?” i wiele innych. Czasem rodzic ma ochotę dokarmić dziecko (o zgrozo! nie da się ćwiczyć narządów artykulacyjnych z resztami pożywienia w buzi) Wówczas sami Państwo rozumiecie… :) Zdarza się także, że rodzic musi coś pilnego załatwić i marzy o tej chwili, żeby dziecko było pod opieką. Także jak widzicie bywa różnie. Natomiast pamiętajcie Drodzy Rodzice – nikt nigdy nie powinien Was wyprosić z gabinetu podczas terapii logopedycznej.
