
Poniedziałek – basen. Wtorek – angielski. Środa – integracja sensoryczna. Czwartek – logopeda i taniec. Piątek – robotyka, bo „teraz wszystkie dzieci chodzą”. W sobotę zajęcia rozwijające, w niedzielę wreszcie odpoczynek… od którego wszyscy są już tak zmęczeni, że nikt nie ma siły odpoczywać.
Brzmi znajomo? Słyszę taki grafik w gabinecie bardzo często. I chcę od razu powiedzieć jedno: nie piszę tego, żeby kogokolwiek oceniać. Rodzice, którzy wożą dziecko na pięć zajęć w tygodniu, robią to z miłości i z troski. Chcą dać mu wszystko, co najlepsze. Tylko że „wszystko” bardzo rzadko jest tym, czego dziecko naprawdę potrzebuje.
Skąd ta presja
Rodzice są dziś bombardowani informacjami. Z każdej strony słyszą, że okno rozwojowe się zamyka, że „potem będzie za późno”, że inne dzieci w tym wieku już czytają, liczą do stu i mówią po angielsku. Do tego dochodzi cała lista diagnoz i terapii, które ktoś gdzieś poleca: integracja sensoryczna, trening słuchowy, terapia ręki, zajęcia korekcyjne…
Każda z tych rzeczy z osobna może być wartościowa. Problem zaczyna się wtedy, gdy wszystkie lądują w jednym tygodniu jednego dziecka. I gdy rodzic – który i tak ma już na głowie pracę, dom, często kilkoro dzieci – zaczyna czuć, że jeśli nie zapisze dziecka na kolejne zajęcia, to zawiedzie.
Nie zawiedzie. Naprawdę.
Co dziecko traci, kiedy zyskuje kolejne zajęcia
Każda godzina w kalendarzu dziecka to godzina, której nie ma na coś innego. A tym „czymś innym” jest bardzo często to, co dla rozwoju najcenniejsze:
Swobodna zabawa. Taka, której nikt nie prowadzi, nie planuje i nie ocenia. To w niej dziecko ćwiczy wyobraźnię, wymyśla zasady, negocjuje z rówieśnikami, przegrywa i próbuje jeszcze raz.
Nuda. Tak, nuda. Dziecko, które ma pięć minut „nic do roboty”, musi samo coś wymyślić. To pierwsza lekcja samodzielności i kreatywności. Dziecko, którego każda minuta jest zorganizowana przez dorosłych, nie ma kiedy się tego nauczyć – i potem nie potrafi zająć się sobą nawet przez chwilę.
Odpoczynek. Układ nerwowy dziecka potrzebuje czasu na wyciszenie i „przetrawienie” tego, co się wydarzyło. Bez tego pojawia się zmęczenie, rozdrażnienie, trudności z zasypianiem, bóle brzucha, wybuchy złości o drobiazgi.
Czas z rodzicem. I to jest dla mnie najważniejsze.
Godzina z terapeutą czy godzina z mamą?
Mam wrażenie, że w dzisiejszym świecie rodzice za dużo płacą za zajęcia, a za mało czasu spędzają z dziećmi. I nie dlatego, że nie chcą – tylko dlatego, że cały ten czas pochłania dowożenie, czekanie na korytarzu i powroty w korkach.
Zadajmy sobie szczerze pytanie: co da dziecku więcej – kolejne sześćdziesiąt minut z terapeutą, czy sześćdziesiąt minut z rodzicem? Przesypywanie razem piasku, zakopywanie stóp, wspólne lepienie z ciastoliny, masażyk na plecach przed snem. Prosty kontakt: dziecko i rodzic, a nie dziecko oddelegowane do kolejnego specjalisty.
Czasem nazywam to oddelegowywaniem problemu. Dziecko ma trudność – więc szukamy kogoś, kto ją „naprawi”. A przecież więź z rodzicem sama w sobie jest terapeutyczna. Szerzej piszę o tym w artykule Godzina tylko dla nas.
Oczywiście są sytuacje, w których terapia jest potrzebna i nie wolno z nią zwlekać – sama jestem terapeutką i wiem, ile może zmienić. Chodzi mi o coś innego: o to, żeby terapie i zajęcia były dobrane świadomie, a nie dokładane „na wszelki wypadek”.
Niezbędne minimum – jak je wybrać
W gabinecie bardzo często pomagam rodzicom zrobić porządek w tym, co dziecko „powinno”. Wybieramy niezbędne minimum: to, co dla dziecka najważniejsze, a jednocześnie możliwe do udźwignięcia przez całą rodzinę. Bo liczą się też pieniądze, czas i logistyka – przy dwójce czy trójce dzieci trudno każde z nich wozić na osobne zajęcia.
Kilka pytań, które warto sobie zadać przy każdych zajęciach:
- Komu one służą? Dziecku – czy naszemu spokojowi, ambicji albo temu, że „wszyscy chodzą”?
- Czy dziecko chce na nie chodzić? Czy wraca z nich zadowolone, czy zmęczone i rozdrażnione?
- Co jest naprawdę pilne? Jeśli dziecko ma wadę wymowy, która się utrwala, logopeda jest priorytetem. Jeśli dziecko nie przesypia nocy, priorytetem jest sen – a nie robotyka.
- Czy rodzina to udźwignie? Bez wyrzeczeń, które odbiorą wszystkim radość i cierpliwość.
- Co dziecko traci w zamian? Czas na zabawę, na podwórko, na rodzeństwo, na rodzica, na sen?
Jeśli po tych pytaniach na liście zostaną jedne lub dwa zajęcia w tygodniu – to bardzo dobrze. Jedna aktywność, którą dziecko kocha, da mu więcej niż pięć, które odhacza.
Sygnały, że dziecko jest przeciążone
- Jest stale zmęczone, a jednocześnie trudno mu zasnąć.
- Wybucha złością lub płaczem z powodu drobiazgów, szczególnie wieczorem.
- Skarży się na bóle brzucha lub głowy przed wyjściem na zajęcia.
- Mówi „nie chcę” coraz częściej i coraz głośniej.
- Nie potrafi bawić się samo, gdy tylko pojawia się wolna chwila.
- Przestało cieszyć się rzeczami, które kiedyś lubiło.
To nie są „fochy” ani lenistwo. To język, którym dziecko mówi: „za dużo”.
Pozwólmy dzieciom poleniuchować
Już lata temu pisałam o slow parenting – o powrocie do czasów, kiedy dzieci biegały po podwórku, wisiały na trzepaku i miały czas, żeby się ponudzić. Dziś wydaje mi się to jeszcze ważniejsze niż wtedy.
Dziecko nie potrzebuje rodzica, który jest menedżerem jego kalendarza. Potrzebuje rodzica, który ma dla niego czas, siłę i cierpliwość. A tych rzeczy nie da się kupić na żadnych zajęciach.
Jeśli czujecie, że utknęliście w gąszczu zaleceń i nie wiecie, z czego zrezygnować, a czego się trzymać – zapraszam na konsultację dla rodziców. Często już jedno spotkanie wystarczy, żeby odetchnąć.
