
Często spotykam się z opinią rodziców, że programy ogólnodostępne w TV są dla dzieci rzeczywiście szkodliwe, ale są też takie programy (edukacyjne), przeznaczone specjalnie dla najmłodszych pociech, które mają rozwijać wszystkie funkcje poznawcze, w tym rozwój mowy. Czy tak jest w rzeczywistości? Okazuje się, że spora część rodziców wykorzystuje te programy dla rozwoju mózgu
– czyli w tym celu, w jakim są marketingowo promowane. Zatem w zupełnie dobrej wierze unieruchamiają dzieci przed telewizorem, bo przecież programy te stworzone są przez specjalistów i to oni najlepiej wiedzą jakie treści i jakie umiejętności dziecko powinno zdobyć w danym przedziale wiekowym. Zwrócę uwagę na językowy aspekt takiego przedsięwzięcia. Otóż, naukowcy z University of Washington przeprowadzili badania nad rozwojem mowy u dzieci, które nie miały styczności z takimi programami oraz u dzieci, które takie programy oglądały każdego dnia (pozostałe warunki takie jak wykształcenie rodziców, warunki socjalne, liczba dzieci w rodzinie były takie same). Okazało się, że nie ma różnicy między tymi dziećmi jeśli chodzi o rozwój mowy. Zbadano także dzieci, które oglądały programy uczące innych języków. Efekt podobny. Wnioski jakie płyną z tych badań:
- Programy te wykorzystywały bezosobowy głos powiązany z jakimś abstrakcyjnym obrazem (w tym aspekcie to programy dla dorosłych byłyby już lepsze, bo przedstawiają żywych aktorów, zazwyczaj w zbliżeniach i dzieci mogą widzieć ich twarze podczas mówienia (ale nie bierzcie tego do serca, bo obok tej jedynej przewagi mają wiele minusów). Dla logopedy znaczy to tyle, że dzieci mogą naśladować ułożenie narządów artykulacyjnych podczas prób wypowiadania sylab czy całych słów.
- Drugi wniosek jest ważniejszy: programy w TV nie wchodzą w interakcję z dzieckiem, a jest to najważniejsze w procesie nabywania mowy. Jeśli interakcja z dzieckiem jest tak ważna to ciągle powtarzany przez specjalistów slogan „kąpiel słowna” staje pod znakiem zapytania. Czym jest kąpiel słowna? Mówienie, mówienie i jeszcze raz mówienie do dzieci, czyli nazywanie wszystkiego co mijamy czy też każdej robionej czynności. I zdarza się, że rodzice słyszą od psychologów, logopedów, pediatrów czy też czytają w poradnikach, że to doskonały sposób na naukę mowy dziecka. W USA zaczęto nawet kupować „słowne krokomierze” (takie urządzenie, które dziecko ma w kieszonce przez cały dzień) zliczające ile słów dziennie dziecko usłyszało od opiekunów. Tak więc świadomi rodzice mówią i mówią, rywalizując między sobą w ilości wypowiadanych słów. Brzmi absurdalnie, prawda? Będąc zwolenniczką złotego środka powiem tak: kąpiel słowna jest ważna, ale trzeba uważać, by takiego dziecka nie utopić. Mózg dziecka potrzebuje czasu, by słowa konsolidować w swojej pamięci, a że tempo jego pracy jest dużo wolniejsze niż dorosłego, stąd taka nadmierna kąpiel słowna może bardziej zaszkodzić niż pomóc. Najnowsze badania wskazują, że to nie ilość usłyszanych słów jest dominującym czynnikiem w rozwoju mowy, ale zauważanie tego co wychodzi od dziecka i odpowiednie reagowanie. Taka próba bawienia się w dialog, ale ( ! ) z zauważaniem wszystkiego co wychodzi od dziecka – z jego ust, mimiki, ruchów palców. Dziecko nagradzane (za pomocą dotyku, uśmiechu, słowa) będzie dążyło do powtórzenia wypowiedzianej głoski, sylaby czy słowa, bo widzi, że przynosi to jakiś efekt. A w powszechnie przyjętej „kąpieli słownej”? Nie zwraca się na to uwagi tylko bez przerwy „trajkocze”. Kolejna wskazówka jest taka: nazywamy szczególnie te rzeczy, na które dziecko zwróciło uwagę samodzielnie, co oznacza, że jeśli na spacerze zobaczyło listek to mówimy „listek” i czekamy na reakcję, zamiast „Syneczku, teraz jest wiosna. Wiosną budzi się wszystko do życia. O! Zobacz to są listki, a to trawa”? Czy widzicie różnicę między tymi scenkami? Zachęcam do obserwacji dziecka i reagowania na jego próby dialogu, bo tylko wtedy będziemy mogli przyspieszyć rozwój mowy. „Kąpiel słowna” źle zastosowana narobi więcej szkody niż pożytku.
