
„To my mamy przyjść sami? Bez dziecka?” – rodzice często dopytują, czy dobrze zrozumieli, kiedy proponuję im termin pierwszej wizyty. Tak, dobrze zrozumieli. I chcę wyjaśnić, dlaczego tak często zaczynam właśnie w ten sposób.
Rodzice wiedzą rzeczy, których ja nie zobaczę
Dziecko spędza ze mną w gabinecie pięćdziesiąt minut. Z Wami – całą resztę tygodnia. To Wy wiecie, jak wygląda jego zwykły poranek, jak zasypia, czego się boi, co je cieszy, kiedy jest najtrudniej. To Wy pamiętacie, kiedy powiedziało pierwsze słowo, kiedy zaczęło się zacinać, co zmieniło się po narodzinach rodzeństwa albo po pójściu do przedszkola.
Na spotkaniu bez dziecka rodzice mówią mi bardzo ważne rzeczy – często takie, których nie powiedzieliby przy nim. I dobrze, bo część z tych informacji wcale nie jest przeznaczona dla dziecięcych uszu. Dzieci słyszą wszystko, nawet gdy wydają się całkowicie pochłonięte zabawą. A rozmowa o nich samych, której nie rozumieją, potrafi wywołać ogromny niepokój: „Skoro mama mówi o mnie takim smutnym głosem, to musi być ze mną coś bardzo nie tak”.
Wszystko, czego dowiaduję się od Was, uwzględniam potem w terapii. Na tej podstawie ją planuję i „programuję”: wybieram, od czego zacząć, na co uważać, co może pomóc szybciej.
Czasem rodzic po prostu potrzebuje, żeby ktoś go wysłuchał
Jest też druga strona tych spotkań, nie mniej ważna. Na rodzicach spoczywa dziś ogromny nacisk i ogromna presja. Z każdej strony słyszą, co jeszcze powinni zrobić, na jakie zajęcia zapisać dziecko, jaką diagnozę wykonać, jaką terapię rozpocząć.
Wielu rodziców przychodzi do mnie, bo potrzebują kogoś, kto wysłucha i trochę ukierunkuje myślenie. Pomoże wybrać z tego całego repertuaru to, co dla ich dziecka najważniejsze – i co jednocześnie są w stanie udźwignąć. Bo przecież liczą się też pieniądze, czas, logistyka i siły całej rodziny. (Piszę o tym więcej w artykule Mniej zajęć, więcej rodzica.)
Szklane naczynie z piaskiem
Kiedy próbuję wytłumaczyć, dlaczego rodzice są tak ważną częścią terapii, często używam pewnego obrazu. Wyobraźcie sobie szklane naczynie wypełnione piaskiem. Jeśli przesuniecie trochę piasku na bok, przesunie się też cała reszta – i tak już zostanie. Nie da się poruszyć jednego ziarenka tak, żeby pozostałe nie zmieniły położenia.
Rodzina działa podobnie. To naczynia połączone. Nie możemy zmienić jednej rzeczy w rodzinie tak, żeby nie zmieniło się nic więcej. Kiedy zmienia się jedna rzecz – zmienia się wszystko.
To bardzo dobra wiadomość. Bo oznacza, że nie zawsze trzeba „naprawiać” dziecko. Czasem wystarczy zmienić coś w jego otoczeniu, a reszta przesunie się sama, mimo woli. Spokojniejszy wieczór, wcześniejsza pora snu, kwadrans tylko dla dziecka, mniej pośpiechu przy śniadaniu – i nagle okazuje się, że napadów złości jest mniej, a dziecko mówi płynniej.
Zmieniamy środowisko, żeby ułatwić dziecku życie
W niektórych terapiach ta zasada jest szczególnie ważna:
W terapii jąkania co trzecie, czwarte spotkanie to spotkanie wyłącznie z rodzicami. Rodzice stają się wtedy po trosze terapeutami swojego dziecka. Uczymy się, jak słuchać, jak mówić, jak uspokoić to, co dzieje się w domu. Bywa bowiem tak, że rodzice są tak bardzo zaniepokojeni jąkaniem, że zupełnie nieświadomie je nasilają. Kiedy się uspokajają, ja równolegle pracuję z dzieckiem – i efekty przychodzą dużo szybciej. Więcej przeczytacie w artykule Jąkanie to tylko wierzchołek góry lodowej.
W pracy z rodzinami dzieci z ADHD nacisk kładę na to, żeby na spotkania przychodzili przede wszystkim rodzice. Zmieniamy środowisko, aby ułatwić dziecku funkcjonowanie – więcej o tym w artykule Terapia dziecka z ADHD?.
Przy napadach złości, kłopotach ze snem, trudnościach wychowawczych – często to właśnie zmiany w domowej codzienności przynoszą największą ulgę.
Spotkania, na których mówię, co widzę
Spotkania z rodzicami w trakcie terapii to także czas, w którym opowiadam, jakie efekty zauważam u dziecka. Co się zmieniło, co idzie dobrze, gdzie jeszcze jest trudno. Dla wielu rodziców to bardzo ważne – zwłaszcza wtedy, gdy w codziennym zabieganiu trudno dostrzec małe postępy.
Ale najważniejsze jest co innego: chodzi o to, żeby rodzice byli częścią terapii. Nie widzami, nie kierowcami, którzy przywożą dziecko i czekają na korytarzu – tylko współautorami zmiany.
Jak przygotować się do takiego spotkania
Nie trzeba się do niego specjalnie przygotowywać. Ale jeśli chcecie, możecie:
- zapisać, co Was niepokoi i od kiedy to zauważacie,
- przypomnieć sobie najważniejsze etapy rozwoju dziecka (kiedy siadało, chodziło, mówiło pierwsze słowa),
- zabrać dokumentację z wcześniejszych badań, jeśli ją macie,
- zastanowić się, jak wygląda zwykły dzień dziecka – od pobudki do zaśnięcia,
- przyjść we dwoje, jeśli to możliwe – każdy z rodziców widzi dziecko trochę inaczej.
A przede wszystkim – przyjść bez poczucia winy. Nie oceniam rodziców. Każdy z nas robi najlepiej, jak w danej chwili potrafi. Moim zadaniem jest pomóc Wam zobaczyć, co możecie zrobić jeszcze – i co możecie spokojnie odpuścić.
